„Dziedzictwo Tatr 1938” Seans 4: La Grande Finale

Handouty, Materiały dla graczy, Materiały dla MG, Opisy sesji, Recenzje / OPUBLIKOWANE W

Witaj ponownie dociekliwy czytelniku, cieszę się, że dotrwałeś mimo swej wątłej poczytalności z nami aż tutaj do samego końca, jakikolwiek by on nie był. To czego bedziesz tu świadkiem odbierze Ci pozostałości tego co zwyczajowo nazywałeś resztką zdrowego rozsądku… Zatem witaj i żegnaj jednocześnie. Niech gwiazdy nad Tatrami będą dla Ciebie zawsze przychylne, a łaski Starszych Bogów niechaj trzymają z dala zakusy okropieństw rodem z Mitów Cthulhu. Wiedz, iż decyzja, którą podjąłeś nie da Ci ukojenia.

Tu też tradycyjnie docieramy do momentu ostatniego ostrzeżenia. Jeśli korci Cię, aby ze swymi przyjaciółmi odwiedzić Zakopane roku 1938 i zgłębić „Dziedzictwo Tatr” drogi przyjacielu, TU dokładnie mówimy sobie – BYWAJ! Bowiem za tą granicą skrywają się tajemnice nie dla wszystkich oczu. Zatem ALERT SPOILEROWY za nami…

***

Poranek 10 marca 1938 w hotelu „Morskie Oko” nie dla wszystkich gości przyniósł błogi spokój, niektórym zaś wręcz przeciwnie. Panna Wanda Rudnicka wraz panem Emanuelem Wójcikiem poszukując swego towarzysza w zaciszu pensjonatu napotkali na Czcigodnego Walerego von Brukenthala, przyjaciela i towarzysza hrabiny Bethlen-Salamon. Pałający animozją do spirytualisty Emanuel postanowił po raz ostatni wyłożyć karty na stół, zrzucając ze swych barków brzemię uciskających podejrzeń. Bowiem ciężar wydarzeń poprzedniej nocy w krwawym „teatrze” Walaka i jego ONR-owskiej świty dały mu się mocno we znaki. Postawiony w krzyżowym ogniu pytań okultysta dał swym rozmówcom wyraźnie do zrozumienia, iż jego sekrety należą tylko do niego i nie ma zamiaru się z nikim nimi dzielić. To było też przyczynkiem do późniejszych wydarzeń, które pociągnęły za sobą dość drastyczne konsekwencje z uszczerbkiem na zdrowiu włącznie. Zwłaszcza dla aroganckiego miłośnika wiedzy tajemnej. Przekupiony recepcjonista z ochotą wpuścił naszych Bohaterów do pokoju Czcigodnego. Odkrycie okultystycznych i (w domyśle pana Wójcika) satanistycznych symboli w apartamencie doprowadziło do awantury oraz dotkliwego pobicia pana von Brukenthala. Co zaowocowało wezwaniem oraz interwencją Policji w sprawie Badaczy, a także niezwłoczną ich eksmisją z hotelu. Dokładnie też w tej samej chwili, kilometry dalej w mieście Breslau doszło do tragedii, która uderzyła z opóźnieniem w waleczne serce pana Wójcika, gniotąc je swą zimną bezlitosną siłą.

Tymczasem doktor Kwieciński został zawieziony przez jednego z pracowników wuja Teofila za miasto, do starej owczarni rodziny Cukrów w Dolinie Strążyskiej. Tam mimo obaw odbył pouczającą rozmowę z przywódcą Owczarzy, Bacą Krzeptowskim. Góral przedstawił swoją stronę w tym klarującym się konflikcie. W rezultacie nie była ona ostatecznie tak drastyczna w wymowie jak działania zalegających w mieście bojówek z Obozu Narodowo-Radykalnego ABC. Jednak kryło się w tych zapewnieniach jakieś złowrogie niedomówienie. Powoli zaczęła się rodzić myśl o wyjściu w góry, pod Giewont. Enigmatyczny Róg Chrobrego za często pojawiał się w opowieściach osób zainteresowanych, aby było można ten fakt zlekceważyć. Złe omeny zaś zdawały się nie opuszczać doktorowi na krok, niewątpliwie ktoś obrał sobie jego osobę na cel swych złowrogich zakusów. Widmowy cień Górala bez oblicza pośród groteskowego stada owiec. Coś niewątpliwie wisiało w powietrzu. Coś niedobrego miało wkrótce nastąpić. Takowe przeczucie oraz omamy na jawie poczęły nękać bohaterów. Pastereczka o obliczu narzeczonej pana Wójcika, upiorny Baca bez twarzy, widmowe owce. Zakopane poczęło ukazywać przed naszymi Ceprami swe drugie, złowrogie oblicze.

Po nieprzyjemnej rozmowie z lokalną Policją i zarekwirowaniu dokumentów, cała trójka zeszła się by ustalić jedno – Czas ruszać w góry! Zaś najlepszym przewodnikiem będzie niewątpliwie Góral. Ponowne udanie się do owczarni w Dolinie Strążyskiej zaowocował jednak informacją o tym, iż Baca wraz z Juhasami wyszli niedawno z owcami na hale w Tatry. Co wzbudziło słuszne zdziwienie naszych bohaterów, zważywszy na porę roku i zalegające okolicę śniegi. Kołowrót wydarzeń zaczął nabierać złowrogiego pędu. Wszak to niewątpliwie 10 marca był hipotetyczną datą wszelkich zagadkowych zgonów pod Giewontem. Czyli dziś! Coś było na rzeczy…coś straszliwego miało się właśnie wydarzyć. Trzeba było działać! Trzeba było to powstrzymać! Zdeterminowani postanowili pospołu, iż poproszą o pomoc ze zorganizowaniem wyprawy pana Juliana Zborowskiego. Odnaleźli dziennikarza w Archiwum Państwowym w Zakopanem u pani Basi Galakowej. Wczorajsza rozmowa z Badaczami w redakcji „Gazety Podhalańskiej” uruchomiła w dociekliwym miłośniku gór, iście detektywistyczne zacięcie. Poza tym, zagadkowa śmierć właściciela hotelu „Morskie Oko” mogła mieć coś wspólnego z „marcowymi zgonami” sprzed lat. Przy gorliwej naradzie i poszukiwaniu informacji, Badacze wspólnymi siłami dotarli do wycinków z prasy, nekrologów oraz starego wypisu Austriackiego felczera doktora Albrechta von Stutendorfa z marca 1889 roku. Dokument ów, w szczególności utwierdził naszych bohaterów w przypuszczeniach co do trwających od  stuleci okropności toczących się w cieniu Tatrzańskich szczytów. Z tym to też ciężarem przyszło ruszyć w góry. Niezwłocznie. Mimo tego nawet, iż mróz niemiłosiernie wydzierał każdy oddech, a noc przeganiała z wolna dzień.

Trasa wiodła saniami Doliną Strążyską w pobliże wodospadu Siklawica. Wspaniała okolica swym pięknem uniosła gdzieś precz, na tę ulotną chwilę, troski i myśli o trwodze, która znalazła sobie przytulne legowisko w sercach Badaczy. Dobrze opłacony woźnica nie miał powodów do narzekań, jednak nie omieszkał dać po sobie poznać, iż przebywanie w tej okolicy po zmroku nie należy do rozważnych decyzji. Jednakże czego innego po Ceprach można się było spodziewać?

Wyprawa ruszyła ku Giewontowi. Ten zaś swym majestatem wbijał się w masyw nieba rzucając cień na stok, którym przyszło bohaterom brnąć przez zaspy, wykroty, pokryte śniegiem szlaki czy niebezpieczne osuwiska. Poza tym złe licho nie spało… Ode Siklawicy dał się słyszeć złowrogie głosy stada owiec, zaś wodna kaskada nieoczekiwanie ku przerażeniu Badaczy nabrała szkarłatu posoki i dławiła ciepłym krwawym waporem przerażonych wędrowców. Czas naglił. Coś niewątpliwie nie chciało, aby Badaczom udało się dojść pod Giewont na czas. Coś prastarego, przyczajonego na granicy racjonalnego pojmowania świata, co żyło w tej krainie od dawien dawna. Droga ku szczytowi wzniesienia stawała się z każdym metrem coraz to bardziej uciążliwa. Na domiar złego zerwał się przenikliwy zimny wiatr, który mieląc śnieżny pył z okruchami lodu rzucał go zuchwale strudzonym podróżnikom w wymęczone twarze. Ci jednak mimo przeciwności brnęli wytrwale z ostrożnością stąpając po zdradzieckim podłożu oświetlając drogę latarnią. Powiązani dla bezpieczeństwa liną, dodawali sobie otuchy okrzykami nie mieli pojęcia co za koszmar oczekuje ich u celu tej wędrówki.

Pan Zborowski zna i kocha Tatry jak niejeden Góral. Jednak po tej nocy, wznosił niejednokrotnie modlitwy ku niebu o choćby chwilę możności wyparcia z umysłu tego horroru jaki dane mu było wtedy przeżyć. Po ciężkich godzinach wspinaczki w nasilającej się zamieci oczom wędrowców ukazał się ciemny i cuchnący siarczanymi miazmatami, niczym samo piekło, wlot do górskiej jaskini. Z wnętrza ku zaskoczeniu przybyłych dobywało się nikłe wołanie o pomoc. To Gazda Jasiek Cukier, napiętnowany znakiem koźlego łba, uwiązany do dwóch ofiarnych słupów ostatkiem sił wznosił błagania o ratunek. W czeluści pieczary przed nim, w skalnej ścianie widniały potężne wrota. Strzegły ich dwie wysmagane wiatrami płaskorzeźby Piastowskich wojów zaś ich powierzchnię zdobił zagadkowy ornament o kształcie świerkowej gałęzi. Zaś za skalnymi wrotami zdawało się coś kotłować, targać, miotać w nienawistnej chęci wyrwania się ze swego więzienia. Coś co nie pochodziło z tego świata. Coś co czekało kolejne siedem lat na swą daninę mięsa i krwi. Coś co właśnie teraz pragnęło spełnić ofiarę. Naparło z mocą na podwoje uchylając je ze złowrogim zgrzytem kamienia. Rozpoczął się koszmar, gdy smoliście oleista mgła wlała się do wnętrza groty, pochłaniając lepką ciemnością wszelkie światło i nadzieję w żyjących. W oparze przewalały się ohydne kształty, których bluźnierczy obraz wykradał zdrowe zmysły przecząc im zarazem. Stukot tysięcy kopyt, mlaśnięcia tysięcy wygłodniałych paszczy, palące trupim blaskiem spojrzenie tysięcy ślepi i przyprawiający o mdłości fetor z dna piekielnych czeluści. Kolejny spektakl grozy rozpoczął swe widowisko. Mimo usilnych starań Badaczy, Janek Cukier nie opuścił tej groty. Zaś zło, które zakosztowało swej krwawej daniny rozzuchwalone ucztą zapragnęło więcej. Ruszyło więc z nieposkromioną łapczywością w szalejącą na zewnątrz zawieruchę w ślad za Badaczami…

Omamy i wizje nękające pana Kwiecińskiego oraz pannę Rudnicką, nie dawały im spokoju nawet tutaj. Kolejne fragmenty opowieści komponowały obraz żywej legendy, swoistej prawdy o tym co kryło się w pomroce pod Tatrami. Uciekając przed potwornością spod Giewontu w szalejącej śnieżycy, cudem, na granicy jawy i snu udało się na w półoszalałym Badaczom trafić na światła stojącej na stoku Bacówki. Niczym latarnia morska  rozpalały nieprzychylne ciemności upiornej nocy, wskazując bezpieczną drogę ku sobie zagubionym w szalejącej nawałnicy. Wewnątrz sadyby powitał gości leciwy wąsaty Baca. Zapewnił gości, iż okropieństwo ścigające bohaterów nie miało tu wstępu. TU – bowiem było zarówno nigdzie, jak i teraz. Pomiędzy światami w bezczasie. Starzec objawił zaproszonym skryte prawdy, zatarte na kartach historii. Opowiedział o przerażających podwalinach legendy  „O śpiących rycerzach pod Giewontem”, uraczył opowieściami i przestrogami o stronnictwach, które pożądały mocy dawanej swemu właścicielowi przez przeklęty Róg Chrobrego ku realizacji własnych celów. Mimo to chwile spędzone wewnątrz Bacówki przyniosły chwilowy spokój ducha oraz ukojenie od czyhającego za drzwiami chałupy okropieństwa okrutnej Wszechmateczki. Po rozmowie ze Strażnikiem Gór, prastarym BergGeistem, strudzonym wojem księcia Bolesława Mirosławem, bohaterowie wiedzieli już, iż demoniczny instrument znajdować się musi nie jak błędnie podejrzewali pod Giewontem, a w samym Zakopanem. Ukryty wieki temu przez króla, gdzieś w zapomnianym miejscu pogańskiego kultu, gdzie wytrwale po dziś dzień strzeże go Strażnik. Zanim odszedł w zaświaty. Obdarował gości błogosławieństwem i podarował im swój pas ze stali Mnarskiej z sennego dominium. Jego mieniące się srebrzyście blachy zdobiły znaki Starszych Bogów. Moc ich miała trzymać zakusy Wszechmateczki i jej dziatwy z dala od tego, kto się nim przepasa.  Po tym, starzec zwany Mirosławem powrócił do swego króla stając się czernią gwieździstej nocy, a bezpieczna Bacówka, na powrót stojącą w mroźnej nocy pod Giewontem kamienną ruiną.

Najstarsi Górale powiadają, że noc przed świtem jest najczarniejsza. To jest też chwila, gdy wszelkie złowrogie człowiekowi siły mają swą ostatnią szansę, aby spełnić swe zakusy. Wtedy też robota diabła jest po dwakroć silniejsza. Tak mawiają. Pozostawieni samym sobie w ruinach chałupy pod Giewontem Badacze wraz z panem Zborowskim postanowili zejść w dolinę do miasta i odnaleźć Róg króla Bolesława. Stawka teraz, gdy przyszło zrozumienie, toczyła się o dobro tego świata. Doktor Kwieciński przywołał w pamięci dziwną modlitwę oraz zachowanie Benedyktyńskiego kapłana w kościółku pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej na Pęksowym Brzyzku. Owe niepokojące zaśpiewy wykraczające poza katolickie formuły, podejrzane zachowanie samego kapłana…, pogański ornament w fundamentach budynku i klapa w podłodze kaplicy. Podejrzenia zaczynały nabierać kształtów pewników. Pełni obaw Badacze wraz z panem Zborowskim ruszyli ku śniącemu o lepszym jutrze, nieświadomemu niczego miastu skulonemu w ciemnym łożu podhalańskiej krainy.

Zakopane tonęło w ścielącej się gęsto na ulicach mgle oraz budzącej trwogę ciszy. Uliczne latarnie próbowały swym  bezsilnie przebić mrok i opary żółtawym trupim blaskiem. Tak wyglądała droga ku miejscu, w którym oczekiwała ostateczna groza. Cmentarz Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku i jego okolice otaczało spędzone stado cichych owiec o czujnych spojrzeniach. Rozwarte wrota do wnętrza kościoła rysowały się w ciemnościach wyraźnym jasnym czworobokiem, w progu zalegało truchło kapłana. Oblicze którego zastygło w groteskowym obrazie śmiertelnej trwogi. Nieopodal truchła spoczywał wytrącony zabytkowy miecz, zaś w podłodze przed sprofanowanym ołtarzem ział czernią otwór odsłaniający ostrzegawczo wysłużone kamienne zęby schodów prowadzących w dół, ku nieznanemu. Do Badaczy dołączyli czający w zakamarkach nocy Owczarze, których niewytłumaczalna więź z owcami sprowadziła tu i teraz. Na to właśnie miejsce. O tej właśnie godzinie. Byli gotowi oddać życie za to co miało nadejść. Tak jak powiedział Duch Gór. Baca Krzeptowski dołączył do trójki bohaterów i razem ruszyli schodami pod uświęconą ziemię, w opary smrodliwej siarki. Z każdym stopniem napięcie i cisza zdawały się zachęcać omamy do wizyty. Śliskie od potu dłonie zacisnęły się na przygotowanych orężach.  Podążając w głąb cuchnącego lochu uszom dała się wyłapać złowroga nuta dolatująca z dna piwnicy. Diaboliczny zaśpiew zatrważającego imienia „SHUB-NIGGURATH! SHUB-NIGGURATH!! IA! CAPRA NEGRA! ZWOLNIJ PĘTA…”, którego wydźwięk trwożył najmężniejszego ducha. Z chwilą przyszło Badaczom rozpoznać ów głos  inkantujący bluźniercze wersety. Był to nie kto inny, jak sam Czcigodny von Brukenthal, zaś wtórowało mu ponure zwierzęce wręcz zawodzenie hrabiny Ilony. Ubezwłasnowolniona kobieta oddała się w pełni hipnotycznym działaniom okrutnika. Korytarz wieńczyła rozległa kolista komora wypełniona pogańskimi płaskorzeźbami o koźlim wyobrażeniu, mającymi przed wiekami oddawać obraz oraz cześć prastarej Bogini Gór i Lasów. Rytuał rozpoczęto, von Brukenthal wykorzystał arystokratkę i płynąca w niej krew Chrobrego, aby wydobyć upragniony artefakt. Był tu, lewitował zawarty w strumieniu plugawej negatywnej aury. Alea iacta est… Pan Kwieciński przezwyciężając strach wypalił z dwururki w wymalowane krwią plecy nieświadomej kontessy odsyłając nieszczęśnicę na łono Abrahama. Panna Rudnicka natomiast uległa koszmarom bluźnierstwa i w panice cisnęła w dal lampę naftową, która rozpoczęła ogniste inferno. Pan Wójcik natomiast, nie zwlekając ruszył w kierunku znienawidzonego szarlatana i bezbożnika von Brukenthala, gdy ten używając swych diabolicznych niechybnie mocy, przywołał do życia stróżujące wewnątrz pomieszczenia plugastwa o wyglądzie mitycznych Satyrów rodem ze starożytnej Grecji. „Gof’nn Hupadgh Shub-Niggurath! Zgładźcie niewiernych!” Poprzez chaos zmagań i zgiełk awantury dotarły do uszu uczestników niepokojące strzały z broni palnej, dobiegające z góry wąskiego korytarza. Czyżby Owczarze mieli kłopoty? Horror dobiegł końca, gdy ostatnie tchnienie uszło z gardła czarownika pod drżącymi palcami Wandy Rudeńskiej, gdy pomiot z piekła rodem wyrwał życie z trzewi pana Wójcika, gdy doktor Kwieciński w desperackim akcie rozpaczy, niesiony iście herkulesową siłą roztrzaskał fatalny instrument. Tym samym kończąc wiszącą od dawien dawna nad Tatrami klątwę… Rozpacz i groza. Wtedy to też do wnętrza katakumby wtargnął zrozpaczony widokiem upadku swoich marzeń o wyzwoleniu ojczyzny pan Walak. Wizja ratowania kraju leżała roztrzaskana na zimnej posadzce pogańskiego sanktuarium. Pozostało już tylko jedno, wściekłość, niemoc, złowroga aura, dziwne niewieście powabne szepty spoza jasnej strony poczytalności. Przywódca oddziału ONR ABC uniósł pistolet ku człowiekowi, który wydarł mu to wszystko. Nagły podmuch gwałtownie zwolnionej energii ugasił kaganki, a wraz z nimi z hukiem wystrzału w dusznych ciemnościach zgasło też życie…

Le fin…?      

Dzisiejsza sesja była najdłuższą w cyklu, obfitowała w wiele wydarzeń i zwrotów akcji oraz starej, dobrej Strażniczej obawy przed finałem historii. Jak czas pokazał niepotrzebnie. Zakończyło się iście Cthulhowo. Z resztą, jak wygląda w Zewie Cthulhu happy end…? Czy istnieje? Ja nie wiem, nie zażywam:)

Dziękuję autorom Pawłowi Jurgielowi i Wojtkowi Rzadkowi [no i Adamowi za redakcję też:)] za danie nam możliwości poznania naszych Polskich Tatr od tej CIEMNEJ CTHULHUSTYCZNEJ STRONY:)

Scenariusz „Dziedzictwo Tatr” udało się nam zamknąć w czterech 4-6 godzinnych sesjach. Znając siebie, to mogło by ich być w sumie pięć, jeśli człowiek chciałby oddać wszystko co zaplanował. No, ale to jest ten niepodważalny urok Gier Fabularnych. Jego constans, niby za każdym razem wchodzimy do tej samej rzeki, ale woda już jest inna. Dlatego tkwimy w tym magicznie przecudnym eskapizmie, nieustannie wracając do tych nerwów, uniesień oraz spontanicznych petard egzaltacji, za każdym razem przynoszącym ukojenie naszej wątłej i spragnionej właśnie tej formy rozrywki psyche. Po wszystkim pozostaje jednak ekscytacja myślą o tym, że kolejni Badacze, którzy pojadą marcem w Tatry roku 1938, zbudują tę historię zgoła inaczej. …ale koszmar ten sam, powróci. A ja będę z nim na WAS już czekał 🙂

 IA! SHUB-NIGGURATH! WSZECHMATECZKA z TYSIĄCEM MŁODYCH! IA!

P.S. TU POMOCE DO SCENARIUSZA

Dodaj komentarz