,

„Dziedzictwo Tatr 1938” Seans 1

Felietony, Opisy sesji, Recenzje / OPUBLIKOWANE W

Jest 9 marca czwartek 1938 roku, Zakopane. Zima jeszcze nie ustąpiła wiośnie mocno trzymając się mrozem lesistych górskich stoków Podhala. Trójka przyjaciół, których los połączył przed laty, zaproszona na ceremonię zaślubin jednego z nich pojawiła się w miasteczku zakosztować uroków tej malowniczej górzystej krainy.

Emanuel Wójcik Wrocławski atleta, to on sprowokował spotkanie, przed laty odnoszący sukcesy ciężarowiec, reprezentant klubu sportowego Turnverein Vorwärts Breslau, pod którego barwami odnosił sukcesy na zawodach w Antwerpii, Lipsku czy Amsterdamie. Po kontuzji podczas igrzysk w Krakowie zawiesił działalność sportowca na rzecz trenerstwa. To podczas pobytu w szpitalu szczęściem trafił pod skalpel jednego z najbardziej uzdolnionych chirurgów II Rzeczpospolitej, doktora Zbigniewa Kwiecińskiego, który przywrócił wigor w sfatygowane ciało sportowca i stał się jednocześnie jednym z najlepszych przyjaciół wyczynowca. Emanuel w sercu nosi zamiłowanie do Tatr i Podhala, które rozbudził w nim za dziecka zmarły nieszczęśliwie czternaście lat temu ojciec Leon. Postanowił on, iż swej ukochanej, Barbarze Kozickiej, swej Basi ułoży kobierzec ślubny z gwiazd nad Giewontem, które tylko tam są najpiękniejsze każdą porą roku przy czystym niebie… To jest główny powód wizyty w Zakopanem, to oraz zaduma nad grobem ojca.

Doktor Zbigniew Kwieciński, jeden z najsprawniejszych i najprzystojniejszych chirurgów Krakowskiego Szpitala Generalnego Św. Łazarza, na katedrze „Czerwonej Chirurgii”. Przyjaciel Emanuela Wójcika oraz majętnej Wandy Rudnickiej, zaproszony na wesele swego kompana oraz wypoczynek w relaksującej atmosferze góralskiego folkloru. Wuj Teofil Podkowiak prowadzi w mieście kilka dobrze prosperujących piekarni, których znamienite wypieki przywołują w pamięci nostalgiczne wędrówki po Zakopanem  sprzed lat.

Wanda Rudnicka jest kobietą o rozległych zainteresowaniach i takim też majątku, którego między innymi nie szczędziła na wspieranie inicjatyw klubu sportowego Turnverein Vorwärts Breslau, czym też zaskarbiła sobie przyjaźń Emanuela. Jej przyjaciółką jest nieco ekscentryczna hrabina Ilona Bethlen-Salamon posiadająca znaczny majątek ziemski w Niedzicy, gdzie po śmierci męża oddaje się swym spirytualistycznym pasjom, których nie szczędzi Wandzie.

A gdzie najlepiej załatwiać weselisko w Zakopanem jak nie w „Morskim Oku” na Krupiówkach u Krzysztofa Wosiaka. Tatrzański przepych, góralskie zwyczaje i wszystko co w tej malowniczej dolinie u podnóży Tatr się zamyka tam można odnaleźć. Na dokładkę przybycie wszem i wobec znanej persony w postaci hrabiny Bethlen-Salamon może być sprzyjającym atrakcjom wydarzeniem. Gospodarz już o to zadbał, poza tym gości z kręgu artystycznego także dowiozło, bowiem po sukcesie jaki odniosło wydanie rok wcześniej zbioru opowiadań „Sanatorium pod Klepsydrą” Bruno Schulza, pojawił się on sam w asyście swej mentorki i mecenaski pani Zofii Nałkowskiej, aby „popracować” nad członkiem  Polskiej Akademii Literatury Kornelem Makuszyńskim [zwłaszcza dlatego, iż w tym roku PAL przyznaje literackie Wawrzyńce Akademickie], który to całkiem przypadkowo w gościnie także tu przebywa. Dla takich gości atrakcji nie może zabraknąć, i tego już pan Krzysztof Wosiak dopilnował. Czwartkowa mroźna noc rozpoczęła się od kuligu na Dolinę Kościeliską pod samiuteńki Giewont. Rozochocone towarzystwo w asyście Górali, wtórze dzwonków, dziarskich okrzyków, ogrzewane hojnie polewaną rozgrzewającą serce śliwowicą  dotarło na miejsce, gdzie czekały na nich liczne atrakcje. Lokalne jadło przy ognisku, tańce z Góralami i Góralkami, co też nie każdemu juhasowi było w smak, pojedynek na ciupaski czy też legenda Tatrzańska o Kowalu Jakubie i rycerzach śpiących pod Giewontem zasłyszana z ust pana Juliusza Zborowskiego. Wieczór namiętny i gorący, niektórym niestety cierpka gorzałka odebrała pamięć i chęci do dalszej partycypacji, a tu jeszcze w planach na północ powrót do Cukierni i Restauracji pana Franciszka Trzaski. Wszak dla hrabiny Bethlen-Salamon oczekuje specjalna siurpryza na pięterku w Klubie Zakopiańskim i Czcigodny Walery von Brukenthal, który swymi praktykami wywoła nie lada zamęt i rejwach wśród zgromadzonych gości. Ostatnie zajścia w lokalu u Trzaski,  podejrzane zachowanie Górali oraz nocne strzały z ciemnego zaułka na Krupiówkach odebrały animusz i radość Bohaterom. Zaś nocna mara, sen niemal rzeczywisty zasiały kolejne niepokoje w sercach naszych gości.

Panie Doktorze, u Pańskich drzwi widnieje krew…

Pierwsza sesja za nami, od Strażnika słów kilka – wielkie dzięki Panowie – Pawle i Marcinie oraz Adasiu za ten (w mej skromnej opinii) bardzo dobrze nakreślony scenariusz. Przysiedliście zacnie do roboty i to widać, słychać i czuć w prowadzeniu. Struktura blokowa miodzio. Podoba mi się także pozostawienie swobody Strażnikowi Tajemnic, z czego też poniekąd skorzystałem [więc proszę nie brać tych spostrzeżeń zbyt dosadnie, a jedynie jako wskazówki na przyszłość].

Moje dwa mankamenty, które rzuciły mnie się na me podejście do kompozycji wszech Cthulhowych scenariuszy, bowiem jak granat zaczepny, się czepnę jak ten rzep psiego chwosta:

  1. To mankamencik techniczny – pomoce dla graczy – stanowczo za mało [brakuje mi map, warto by notatki z Archiwum Państwowego w Zakopanem porobić]! Zaś portrety postaci wzięte są chyba z Chaosium’owej bazy portretów, były one bowiem w Hiszpańskim wydaniu „Masek Nyarlathotepa – Las Máscaras De Nyarlathotep” [EDGE Entertainment]. Rozbawiło mnie między innymi to, że tu Wosiakiem jest sam Abdul Nawisha. Myślę, że można było artystom nieco dopłacić lub nie zamieszczać portretów w ogóle pozostawiając i tak z resztą bardzo dobrze wykonane opisy BN’ów. Jak napisałem wyżej, no czepiam się:)
  2. MITU PITU…tu już mam wrażenie, że się Panowie nie przyłożyliście. Wydaje mi się [nawet jestem tego pewien], że u nas w kraju brakuje rzetelnego opracowania pakietu bóstw, które należałoby przeinterpretować z mitologii lokalnych oraz samej słowiańskiej na grunt Lovecraftowski. Czytając scenariusz owszem, poczułem klimat Tatr i Podhala [REWELACJA!]. Owczarze ok., funkcjonalni. Jednak schody zaczynają się, w moim mniemaniu przy Chrobrym, wizjach, legendzie, „WOJACH” i OBCOKRAJOWCU –  odniosłem potężne wrażenie – „Hej, przecież to może być jakikolwiek system w klimatach grozy” oraz pojawił się też syndrom „doklejmy tu Cthulhu, będzie lepiej”. Brak mi tu pełnego wejścia w CTHULHU GLAMOUR, z tego tytułu też pozwoliłem sobie przeorganizować Legendę. Utworzyłem „PRAWDZIWĄ” wersję dla Owczarzy i Mirosława, która zawiera w sobie elementy historii Chrobrego i MC.

Ogólnie to takie moje małe bolączki, bowiem robota świetna Panowie i prowadzi mi się to zacnie.

PODZIĘKOWAŁ!

P.S.  TU POMOCE DO SCENARIUSZA

 

Dodaj komentarz